Mam wszystko, czyli co?

Niemalże każdy chciałby kiedyś dotrzeć się do miejsca, w którym powie: "mam wszystko". Ale właściwie co? Dom, samochód, pieniądze? Rodzinę, męża, dzieci? 


Chcemy mieć wszystko i to wystarczy, by biec za nieokreślonym wszystkim. Szukamy nowych bodźców, uczymy się nowych rzeczy, intensywnie pracujemy. Podążamy za nienazwanymi celami często niezgodnymi z nieokreślonymi priorytetami. 

Jesteśmy zajęci do granic możliwości. Każda minuta w naszym kalendarzu jest zaplanowana. Ta zajętość wyznacza nasze znaczenie, status, przynależność do grupy liderów - tych, którzy wygrywają wyścig po sukces. 

Działamy wielopłaszczynowo, wielozadaniowo. Mamy iluzję efektywności, bo przecież zmierzamy do przodu. Próbujemy łączyć pracę, życie prywatne i pasję. We wszystkich sferach chcemy odczuwać satysfakcję, a dopada nas frustracja i wypalenie. Zarażamy tym pędem nasze dzieci, które biegną nie wiedząc po co.

Możliwe, że w ślepym dążeniu do "wszystkiego" zapominamy o pewnych "błahych" elementach naszego życia. 


O odpoczynku - takim zaplanowanym, sensownym, przynoszącym ukojenie.

O śnie, który jest najlepszym przyjacielem zarówno naszego ciała, jak i umysłu.

O bliskości innych ludzi - ale tych najważniejszych, prawdziwych, życzliwych i wspierających.

O uważności - byciu tu i teraz, skupieniu na momencie, który trwa, na ludziach i przedmiotach, które nas otaczają.

O odpuszczeniu - działaniu na miarę swoich możliwości, na miarę sił i czasu, którymi dysponujemy. 

Przypominamy sobie o nich, gdy zaczynają się problemy ze zdrowiem. Najpierw bóle głowy, kręgosłupa, bezsenność, częste infekcje... 

Pamiętajmy, by zachowywać równowagę - między obowiązkami a odpoczynkiem; między domem a pracą; między aktywnością a snem. Pozwalając sobie w ciągu dnia na chwile spowolnienia, z których świadomie będziemy czerpać radość, zaprocentuje to lepszym samopoczuciem, większą kreatywnością i efektywnością.